NURT LIBERTYŃSKI – GŁÓWNI PRZEDSTAWICIELE

Tak jak autor Pana Podstolego pozostaje ikoną oświecenia w Polsce, tak dwaj następni pisarze, Stanisław Trembecki (1739?-1812) i Tomasz Kajetan Węgierski (1756-87) już za życia obsadzani byli w roli enfants terribles literatury tego okresu i łączeni z tym jej nurtem, który określano mianem libertyńskiego.

Reklama

Do pierwszego z nich, jak do żadnego innego z twórców doby stanisławowskiej, zdaje się pasować pojęcie poety dworskiego. Przez większą część swojego artystycznego życia funkcjonował on bowiem w – również finansowej – zależności od Stanisława Augusta, pozostając przy nim nawet po upadku państwa. Sytuacja taka sprawiła, że niemała liczba wierszy tego autora, mającego w ówczesnej Warszawie opinię bon vivanta, ma charakter okolicznościowy, często przyjmując formę panegiryku. Można z pewnością pomieścić wśród nich słynną Odę nie do druku, napisaną w związku z objęciem jednego z biskupstw przez królewskiego brata. Jej ostatnia strofa przynosi nie stroniący od górnolotności wyraz zachwytu nad osobą władcy, którego Europa, sławiąc zadziwiona, / Mieni królem pragnionym od cnego Platona. W samym zakończeniu pojawia się myśl znamienna dla, wyrażanego poprzez poezję, światopoglądu Trebeckiego, najbardziej chyba konsekwentnego spośród polskich wolterianistów. Przymioty i osiągnięcia króla przeciwstawia się tu mianowicie triumfom wojennym, dokonującym się kosztem ofiary ukrwawienia świata. Tak zaznaczający się antymilitaryzm nie jest jedynym z obecnych w Odzie elementów, jakie trzeba uznać za reprezentatywne dla sposobu myślenia właściwego ludziom „wieku świateł”. Niczym hasło z ideowego manifestu tamtego okresu brzmią słowa:Wiek osiemnasty ze wszech religii wygładza, Co się z danym od Boga rozumem nie zgadza– poprzedzone równie jednoznacznym dwuwersem:Ta nadzieja nad wszystkie droższa nam klejnoty,Że tu mądrość umysłów rozpędzi ciemnoty.Dalej jeszcze posunął się Trembecki w libertyńskiej z ducha Odzie na ruinę zakonu jezuitów (tematycznie zbieżnej z Naruszewiczowskim Adieu kochanym jezuitom), powstałej po papieskiej decyzji o kasacie zakonu (1773). Przedmiotem ataku stają się tam przede wszystkim, ośmieszone tak bardzo parę lat później w Monachomachii, zakony żebracze, tym razem dominikanie i franciszkanie, na tle których następcy Ignacego Loyoli jawili się autorowi jako ostoja rozumnej wiary. Oda była, jak widać, jedną z ulubionych form lirycznej ekspresji pisarza. Niezależnie od przełamującej pewne konwencje stylistyczne skłonności Trembeckiego do czerpania z różnych pokładów języka, tak częste wykorzystywanie tej formy gatunkowej świadczyło o ścisłych związkach późniejszego autora Sofiówki z kulturą klasycyzmu, czyniąc go jednocześnie bliższym pisarstwu redaktora „Zabaw…” aniżeli temu, co proponował choćby w bajkach Krasicki, szukający klasycystycznej tonacji raczej w sferze uniwersalizmu kreowanych przez siebie obrazów.

To, co szczególnie zajmujące w przypadku twórczości królewskiego szambelana, bo wskazujące na wielowymiarowość jego talentu, to współistnienie pełnych przejęcia patriotycznych apeli w rodzaju napisanego już u progu lat 90. wiersza Do moich współziomków, z odsyłającymi ku delikatnej poetyce rokoka erotykami, nazwanymi przez Mieczysława Klimowicza płodami typowo salonowej muzy. Przykładem kształtującego swoistą filozofię tych ostatnich epikureizmu niech będą końcowe wersety Miłości złączonej, jednego z obecnych w dorobku Trembeckiego epitalamiów:Szczęśliwa paro, miej uciechy trwałe,Niech ci się nocy zawsze zdają małe! […]Ani ostryga tak ściśle zamknięta,Jak ściśle wasze splecione nożęta.Dziękujcie niebu za takie przymioty:Anieli równej nie znają pieszczoty.Traktowanie poezji jak zabawy – niekoniecznie posiadającej miłosny kontekst – ujawniało się w postawie pisarza także wówczas, gdy publikując kolejne ze swoich utworów, mistyfikował okoliczności ich powstania i żonglował nazwiskami bądź pseudonimami domniemanych autorów tychże. Nie inaczej było też przy okazji edycji jego poematów opisowych, z najpóźniejszą z nich, pisaną u schyłku życia (powstała 1804), Sofiówką włącznie. Występując jako Jan Nepomucen Czyżowicz stworzył w niej Trembecki dzieło będące egzemplifikacją zakorzenionej w klasycyzmie kultury literackiej poety. Wpisująca się w konwencję tzw. literatury ogrodów, swój tytuł wzięła Sofiówka od nazwy nadanej parkowemu otoczeniu posiadłości Szczęsnego Potockiego, nowego gospodarza twórcy tekstu. Nie geneza utworu jest tu wszakże najważniejsza, a refleksje snute przez narratora spacerującego po założonym z niezwykłym rozmachem ogrodzie. Obserwując napotykane przez siebie, wypełniające ogrodową przestrzeń obiekty – posągi, mosty, fontanny, kolumny – nie tyle zachwyca się on walorami samej natury, ile przywołuje utrwaloną w ich nazewnictwie ponadczasowość kulturowych znaków. To ono kryje uniwersalne prawdy rodem z mitologicznych historii, budując tym samym klasycystyczną harmonię tulczyńskiego świata, którego patronkę – jak czytamy w panegirycznej puencie – spuścił tu Olimp. Natrętnie momentami schlebiając swojemu mecenasowi (a nawet nieżyjącej już wówczas carycy Katarzynie), zatraca wprawdzie Trembecki poczucie moralnego smaku, nie zapomina jednak mimo wszystko o tym, co współtworzyło dydaktyczny wymiar literatury jego czasów – o wysławianiu prawdy i nauki. Ich symbolem są filozoficzne dysputy toczone w podwojach rozkosznego sadu z woli właściciela, który chcąc wskrzesić tak szlachetne poprzedników sztuki, nawiązał w ten sposób do tradycji ateńskiej szkoły. Życie Tomasza Kajetana Węgierskiego potoczyło się zupełnie inaczej. Jego dramatyczny, przedwczesny finał był dopełnieniem legendy, jaka tworzyła się wokół poety właściwie od momentu, kiedy w młodzieńczym jeszcze wieku (miał 15 lat debiutując na łamach „Zabaw…”!) pojawił się na warszawskich salonach. Towarzysząca mu atmosfera skandalu sprawiała, że większość jego tekstów nie była nigdzie drukowana, rozchodzącsię wśród czytelników w postaci rękopisów. Młodszy od Krasickiego, Naruszewicza, Trembeckiego o pokolenie, był autor Listu do wierszopisów nastawiony do zachodzących w ówczesnej Polsce zdarzeń bardziej bezkompromisowo, by nie powiedzieć buntowniczo.Skutkowało to bliską nierzadko paszkwilowi (Sąd czterech ministrów, Portrety pięciu Elżbiet) formułą jego wierszy. Nie podpisywane na ogół przez pisarza, budziły one przez lata rozmaite wątpliwości dotyczące rzeczywistego ich autorstwa.

Nie dotyczy to Organów (1784), poematu heroikomicznego będącego parafrazą Pulpitu (Le Lutrin) Boileau. Literaturę francuską znał zresztą wychowanek jezuickich szkół, uczeń Naruszewicza i Bohomolca, doskonale, tłumaczył przecież wcześniej Monteskiusza (Listy perskie, 1776), Marmontela (Opowieści moralne, 1776-78), listy poetyckie Woltera. W tym konkretnym przypadku materia […] oddalić się od oryginału częstokroć kazała, co przyznawał w przedmowie, informując jednocześnie, że swój utwór dedykuje wielkiemu autorowi Myszeidos. Z respektem podchodził bowiem Węgierski do parodystycznych talentów jednego z najpierwszych na Parnasie naszych poetów.

Całość to żartobliwie ukazana historia wojny świętej, którą wiódł pleban z organistą. Arsenał kojarzonych z Monachomachią chwytów epickich wydaje się tu o tyle bardziej rozpoznawalny, że i tematyka kieruje nas ku zjawiskom opisywanym przez Krasickiego. Przestrzeń wyraźnie wprawdzie ograniczono – to nie pełne klasztorów miasteczko, ale jedynie plebania – niemniej jednak podlegającymi ośmieszeniu bohateramisą również przedstawiciele stanu duchownego, ich pieniactwo, brak intelektualnych aspiracji, znajdowanie spełnienia w gadulstwie i biesiadowaniu. Kwintesencją komizmu tego utworu pozostaje zawarta w przedostatniej pieśni scena bitwy pomiędzy zwolennikami obu stron konfliktu, w której za broń posłużyły… książki. Ich tytuły ujawniają przy okazji poziom kultury umysłowej walczących. Barokowe romanse, pseudo-encyklopedie i dewocyjne pisemka – oto, co mają pod ręką ksiądz i jego przyjaciele. Językowa swoboda czyni tekst Węgierskiego zabawnym. Nie osłabiają tego wrażenia ani niedoróbki fabularne, ani wolteriańskie w swej pasji, dygresyjne monologi narratora, takie jak ten choćby:A gdybym był biskupem lub oficyjałem,O to bym usiłował staraniem niemałem,Żebym sam z siebie przykład dając nader rzadki,Nie był nigdy zgorszeniem Chrystusa czeladki.Nigdy bym nic nikomu nie bronił drukować:Tym się w narodzie rozum może polerować.Ujawnione w przejmującym, osobistym liryku „Moja ekskuza” przekonanie, że się stał u dusz podłych celem nienawiści, wzmagało ostrość spostrzeżeń poety na temat kondycji społeczeństwa, w którym przyszło mu żyć. Ilustracją tego procesu jest utwór Złe czasy, nie ja, gdzie bezlitośnie obnaża się prawdę o rzeczywistości nieprzyjaznej żyjącym z cnotą – świecie nieużytecznych kanoników z utuczonymi brzuchami i wszetecznych filutów. Światopogląd poety najpełniej objawił się jednak w utworze Myśl moja do JW. Stanisława Bielińskiego, starosty garwolińskiego. Pochwały Epikura z jednej, a Woltera i „Russa” z drugiej strony sąsiadują tam z lamentem nad nieszczęśliwym plemieniem bitnych Sarmatów i wypowiedzianymi bez ogródek uwagami o Polsce, kraju nieuków mędrcami nazwanych / I o cnocie bzdurzących za cnotliwych mianych. Zarówno takie właśnie wypowiedzi, jak i karciana fortuna ich autora; egzotyczne podróże, ale i znajomości z możnymi ówczesnego świata (np. z królową Francji Marią Antoniną) czy związki z masonerią – wykreowały Węgierskiego na jedną z barwniejszych postaci oświeceniowej Warszawy.


Encyklopedia Internautica

Reklama

Reklama

Reklama