Choderlos de Laclos Niebezpieczne związki

List XLIV

Reklama

Wicehrabia de Valmont do markizy de Merteuil

 

Ciesz się wraz ze mną mą radością, urocza przyjaciółko: ona mnie kocha; zwyciężyłem to har- de serduszko. Próżno wzdraga się jeszcze i broni; udało mi się pochwycić jej tajemnicę. Od wczorajszej szczęśliwej nocy czuję się znowu w swoim żywiole; odzyskałem istnienie. Odkryłem podwójną tajemnicę: będę się napawał miłością i zemstą; czeka mnie rozkosz po rozkoszy. Sama myśl o tym rozpala mnie tak, że trudno mi jest się opamiętać; nie wiem, czy zdołam opowiedzieć wszystko po porządku. Spróbujmy.

Jeszcze wczoraj, po wysłaniu listu do ciebie, otrzymałem pismo od mego anioła. Przesyłam ci je; wyczytasz tam, iż udziela mi - najmniej niezręcznie, jak umie - prawa pisywania do niej, ale nalega na wyjazd; czułem też, iż odkładając dłużej zaszkodziłbym sprawie.

 

List XLVIII

Wicehrabia de Valmont do prezydentowej de Tourvel (z pieczęcią paryską)

za pulpit służą mu plecy kochanki

 

Po nocy bezsennej i burzliwej, nocy, którą przeżyłem na przemian trawiony żarem namiętno- ści, to znów pogrążony w unicestwieniu wszystkich władz duszy, spieszę pani przy tobie szukać spoczynku, którego potrzebuję, a którego mimo to nie spodziewam się jeszcze zakosztować. Istotnie, stan, w jakim się znajduję w chwili, gdy kreślę te słowa, bardziej niż kiedykolwiek da- je mi uczuć nieodpartą potęgę miłości; z trudnością przychodzi mi zachować panowanie nad sobą, skupić bodaj trochę myśli: czuję, że będę musiał przerwać pisanie jeszcze przed końcem. Ach, czemuż nie wolno mi pieścić się nadzieją, że i ty kiedyś, pani, podzielisz wzruszenia, których doznaję w tej chwili? Gdybyś je znała, nie wierzę, byś mogła zostać na nie tak nieczułą!

Wierzaj mi, pani, chłodny spokój, sen duszy, obraz śmierci nie wiodą bynajmniej do szczęścia; namiętność jedynie zdolna jest doń zaprowadzić. Mimo wszystkich udręczeń, jakie mi zadajesz, czuję się w tej chwili szczęśliwszy od ciebie. Próżno gnębisz mnie bezlitosną surowością; nie przeszkodzi mi ona oddać się całą duszą słodyczom miłości i w upojeniach jej zapomnieć o rozpaczy, której mnie na łup wydajesz. W ten sposób pragnę się pomścić za wygna- nie, na jakie mnie skazujesz. Nigdy jeszcze, pisząc do ciebie, nie zaznałem takiej rozkoszy; nigdy nie doznawałem w ciągu tego zatrudnienia wzruszeń tak słodkich, a zarazem tak żywych.

Wszystko naokół zdaje się podsycać  me  zapały: powietrze, które wchłaniam, oddycha rozkoszą; stół nawet, na którym piszę do ciebie, pierwszy raz poświęcony na taki użytek, staje się dla mnie świętym ołtarzem miłości; jakiejż ceny i powabu nabierze w mych oczach! Na nim wszak kreślę przysięgę, iż kochać będę cię zawsze! Przebacz, błagam, to rozigranie zmysłów. Nie powinien bym może tak się poddawać wzruszeniu, którego ty nie podzielasz. Musze porzucić cię na chwilę, aby uśmierzyć płomień wzmagający się coraz to bardziej i silniejszy od mej woli. ...

Wracam do ciebie, pani, i chciej mi wierzyć, wracam zawsze z równą skwapliwością. Mimo to świadomość szczęścia odleciała daleko i ustąpiła miejsca okrutnej niemocy. I po cóż mówić o moich uczuciach, skoro na próżno szukam środków przekonania cię o nich? Po tylekroć wznawianych wysiłkach opuściła mnie i moc, i wiara w siebie. Jeśli maluję sobie jeszcze rozkosze miłości, to aby tym boleśniej odczuwać żal, że jestem z nich wyzuty. Jedyny ratunek widzę w twej pobłażliwości, ale zbyt czuję w tej chwili, jak bardzo mi jej potrzeba, abym mógł mieć nadzieję, iż ją uzyskam.

To pewna, że nigdy miłość moja nie była równie pełną czci i daleką od wszelkiego zuchwalstwa; nie waham się powiedzieć, iż w tej chwili najsurowsza cnota nie miałaby się powodu jej obawiać. Nie śmiem cię dłużej, pani, zajmować mą niedolą. Ta, która do- prowadziła mnie do tego bolesnego stanu, nie podziela go z pewnością, nie godzi mi się przeto dłużej nadużywać jej cierpliwości, trawiąc czas na kreśleniu ci, pani, tego rozpaczliwego obra- zu. Kończę tedy, błagając jedynie, byś raczyła mi odpowiedzieć i abyś nigdy nie wątpiła o praw- dzie mych uczuć.

Paryż, 30 sierpnia 17**

 

List LXXXI

Markiza de Merteuil do wicehrabiego de Valmont

 

(...) Wszedłszy w świat w czasie, kiedy jako młoda dziewczyna z urzędu niejako byłam skazana na milczenie i martwotę, umiałam skorzystać z tego, aby przyglądać się i zastanawiać. Gdy świat uważał mnie za roztrzepaną lub tępą, ja, w istocie niewiele słuchając tego, co do mnie mówiono, tym skwapliwiej chłonęłam to, co przede mną ukrywano.

Ta zbawienna ciekawość, bogacąc doświadczenie, nauczyła mnie zarazem sztuki udawania. Zmuszona niejednokrotnie ukrywać przedmiot uwagi przed otoczeniem, starałam się władać oczami wedle mej woli; nauczyłam się przybierać, kiedy zechcę, ten wyraz roztargnienia, który tak często podnosiłeś z uznaniem. Zachęcona tą pierwszą zdobyczą, starałam się opanować grę fizjonomii. Gdy doznawałam przykrości, uczyłam się przybierać wyraz słodyczy, nawet uciechy; posunęłam gorliwość tak daleko, iż zadawałam sobie rozmyślne cierpienia, siląc się równocześnie zachować pogodne i zadowolone oblicze. Z tą samą wytrwałością i z większym jeszcze trudem pracowałam nad tym, by tłumić w sobie objawy niespodzianej radości. W ten sposób zdobyłam nad mą fizjonomią władzę, którą niejednokrotnie tak podziwiałeś.

Byłam wówczas bardzo młoda, jeszcze nie żyłam niemal, ale jedyną mą własnością była moja myśl, i oburzało mnie, aby mi ją ktoś miał wydrzeć lub podchwycić wbrew mej woli. Uzbrojona tym pierwszym orężem, spróbowałam jego użytku: nie poprzestając na tym, aby się nie dać przeniknąć, bawiłam się tym, aby przybierać różnorodne postacie. Pewna swoich ruchów i fizjonomii, zwracałam uwagę na słowa; kierowałam mym wzięciem stosownie do okoliczności lub nawet zachcenia; od tej chwili wnętrze moje było otwarte wyłącznie dla mnie samej, pokazywałam zeń jedynie to, co  chciałam.

Ta praca nad sobą skierowała mą uwagę na grę twarzy i charakter fizjonomii w ogólności; zyskałam ten przenikliwy rzut oka, któremu, jak przekonałam się z doświadczenia, nie można ufać bezwzględnie, ale który na ogół nieczęsto mnie zawodził.

Nie miałam piętnastu lat, a już posiadałam owe talenty, którym większość polityków zawdzięcza reputację; a były to dopiero podstawy umiejętności, którą pragnęłam sobie  przyswoić.

Wyobrażasz sobie, że jak wszystkie dziewczęta, starałam się przeniknąć tajemnice miłości i jej uciech; ale nie będąc nigdy w klasztorze, nie mając bliskiej przyjaciółki i strzeżona przez czujna matkę, miałam jedynie pojęcia mgliste i niepewne; natura nawet, na którą później, to pewna, skarżyć się nie miałam powodu, nie dawała mi żadnej w tym względzie wskazówki. Można rzec, iż pracowała w milczeniu nad wydoskonaleniem swego dzieła. Głowa jedynie kipiała; nie pragnęłam używać, ale chciałam wiedzieć; żądza uświadomienia się podsunęła mi środki.

Czułam, że jedynym człowiekiem, z którym mogę mówić o tym przedmiocie bez narażenia się, był mój spowiednik. Natychmiast powzięłam decyzję; przezwyciężyłam odrobinę wstydu i uzurpując sobie błąd, którego nie popełniłam, obwiniłam się, że czyniłam w s z y s t k o t o,  c o  r  o- b i ą k o b i e t y. Tego wyrażenia użyłam; ale mówiąc tak, nie miałam pojęcia, co ono w istocie oznacza. Nadzieja moja nie ziściła się wprawdzie w zupełności; obawa zdradzenia się stanęła mi na przeszkodzie; ale poczciwy ojciec przedstawił mi winę w tak surowym świetle, że wyciągnęłam stąd wniosek, iż rozkosz musi być olbrzymia: do żądzy wiedzy dołączyła się chęć pokosztowania.

Nie wiem, dokąd ta chęć byłaby mnie zawiodła; przy zupełnym braku doświadczenia jedna sposobność wystarczyłaby, aby mnie zgubić; na szczęście niedługo potem matka oznajmiła mi, iż wychodzę za mąż. Pewność poznania ugasiła natychmiast mą ciekawość: weszłam jako dziewica do sypialni pana de Merteuil.

Oczekiwałam spokojnie chwili, która miała mi odsłonić wielką tajemnicę; umiałam zdobyć się na ten wysiłek, aby okazać pomieszanie i obawę. Ta pierwsza noc, o której mamy zazwyczaj tak straszne lub tak słodkie pojęcia, dla mnie przedstawiła się jedynie ze strony doświadczalnej. Bacznie śledziłam zarówno ból, jak przyjemność, ze wszystkiego starałam się zdać sobie sprawę, widząc w tych różnych wrażeniach materiał dla spostrzeżeń i refleksji.

 

LIST XL

Prezydentowa de Tourvel do wicehrabiego de Valmont

 

[...] Wczoraj jeszcze, kiedy się pan spotkał ze mną w parku, jedynym mym zamiarem było powiedzieć to, co dziś piszę w tym liście; i oto - cóż uczyniłam? Zajmowałam się jedynie pańską miłością... miłością, której nigdy nie będzie mi wolno podzielić! Och, przez litość, oddal się ode mnie! Niech się pan nie lęka, aby oddalenie miało kiedykolwiek zmienić moje uczucia dla pana: jakże zdołałabym je zwyciężyć, kiedy już walczyć z nimi nie mam siły? Widzi pan, mówię panu wszystko; mniej się obawiam wyznać mą słabość niż jej ulec: ale straciwszy władzę nad sercem, chcę przynajmniej zachować ją nad postępkami; tak, i zachowam ją, przysięgłam, choćby za cenę życia. Ach, jakże niedaleki jest czas, w którym czułam się tak pewna, iż nigdy mi nie przyjdzie staczać podobnych walk! Byłam z tego szczęśliwa; może czułam się zbyt dumna. Niebo ukarało, okrutnie ukarało tę pychę; ale pełne miłosierdzia nawet w chwili, w której zadaje cios, ostrzegło mnie przed upadkiem; byłabym też podwójnie występna, gdybym brnęła dalej, zyskawszy już świadomość, iż zbywa mi siły.

Mówił mi pan sto razy, że nie chciałbyś szczęścia okupionego mymi łzami. Ach, nie mówmy już o szczęściu, ale pozwól mi odzyskać nieco spokoju.

Przychylając się do tej prośby, jakież nowe prawa zdobędziesz w mym sercu! A tych już nie będę musiała zwalczać, bo źródłem ich będzie cnota. Jakże lubować się będę mą wdzięcznością! Będę panu winna słodycz bezmiernego napawania się uczuciem pełnym rozkoszy. Teraz, przeciwnie, przerażona swymi uczuciami, swoim stanem, lękam się nawet myśli o panu; kiedy nie mogę jej uciec, walczę z nią; nie zdołam jej oddalić, ale ją odpycham.

Przekład Tadeusz Boy-Żeleński

Encyklopedia Internautica

Reklama

Reklama

Reklama